Jeździectwo jako forma terapii

Informacje wprost z tawerny

Jeździectwo jako forma terapii

Późno zdecydowaliśmy się z mężem na dzieci, bo dopiero po trzydziestym piątym roku życia. Chcieliśmy najpierw osiągnąć sukcesy w życiu zawodowym, zwiedzić trochę Świata, nacieszyć się sobą. Niestety ta decyzja o późnym macierzyństwie poskutkowała tym, że płód nie rozwijał się prawidłowo. Jeszcze przed porodem, lekarz zdiagnozował u naszej córeczki Zespół Downa.

Najlepsze buty do hipoterapii

buty jeździeckie oficerkiNa początku byliśmy przerażeni tą diagnozą. Każdy rodzic wyobraża sobie, że jego dzieci będą piękne, mądre, zdrowe i najlepsze we wszystkim. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, lekarz nawet zaproponował wykonanie nielegalnego zabiegu, jednak od razu wiedziałam, że to nie wchodzi w grę. Teraz Zuzia ma cztery latka i oboje z mężem nie wyobrażamy sobie życia bez niej. Czuję, że całe ciepło i miłość, które jej przekazujemy, ona oddaje nam podwójnie. Staramy się zapewnić jej jak najlepszą opiekę lekarską, żeby mieć pewność, że będzie się rozwijała najlepiej, jak to jest możliwe z jej chorobą. Niedawno lekarz pediatra oznajmił nam dobrą nowinę. Zuzia osiągnęła odpowiedni wiek i jest na tyle sprawna, że kwalifikuje się do rozpoczęcia hipoterapii. Córeczka bardzo ucieszyła się na tę wiadomość, uwielbiała oglądać znaną bajkę o kucykach i często prosiła mnie, żebyśmy razem oglądały zdjęcia koni w Internecie. Chciałam, żeby w czasie zajęć czuła się w pełni komfortowo na grzbiecie konia, więc postanowiłam kupić dla niej profesjonalne spodnie do jazdy konnej oraz buty jeździeckie oficerki. Wyprawa po odpowiedni strój do sklepu też była dla niej dużym przeżyciem i wspaniałą przygodą. Przymierzyła kilkanaście par spodni i butów, zanim zdecydowała się, które najbardziej jej się podobają. Przebywając z osobą niepełnosprawną, ważnym jest, żeby pozwolić jej samodzielnie podejmować decyzje, żeby czuła się ważna i miała poczucie, że ma kontrolę nad własnym życiem. Nie chciałam, żeby moje dziecko kiedykolwiek odczuło, że nie liczę się z jego zdaniem.

Obawiałam się nieco pierwszego kontaktu Zuzi z prawdziwymi zwierzętami. Na zajęciach po raz pierwszy zobaczyła z bliska prawdziwego konia i mogła go dotknąć. Na szczęście córka nie bała się swojego wierzchowca, na jego widok jej buzia się rozpromieniła, nie było widać w jej oczach nawet cienia strachu. Po zajęciach wyraźnie się ożywiła i dużo częściej uśmiechała.